Chcę, żebyś na wstępie zaspokoił moją ciekawość. Pochodzisz z północy Polski – co sprowadziło Cię do Krakowa?

Powody mojej obecności w Krakowie są co najmniej trzy. Po pierwsze, zawsze podobała mi się atmosfera tego miejsca. Często zastanawiałem się, jak mieszka się w tym mieście. Po drugie, zostałem kiedyś zaproszony do udziału w wydarzeniu organizowanym przez panią Annę Dymną, musiałem więc przyjechać do Krakowa, żeby móc w nim uczestniczyć. Po trzecie, w międzyczasie powstawała koncepcja fundacji, którą trzeba było gdzieś zlokalizować. I najbardziej naturalnym miejscem do tego okazał się Kraków.

Zanim zostałeś prezesem fundacji, byłeś najbardziej rozpoznawalnym młodym podróżnikiem.

Przed wyprawami z Markiem Kamińskim nie interesowałem się jakoś szczególnie podróżowaniem, a tym bardziej wędrówkami za koło podbiegunowe. Nasza znajomość oraz plany zdobycia w ciągu jednego roku dwóch biegunów były całkowicie spontaniczne. Potem dopiero przyszedł czas na przygotowanie się do wyprawy. Bardziej niż na chęci odkrycia dla siebie czegoś nowego zależało mi na pokonaniu swoich słabości, udowodnieniu innym, że jestem w stanie zrobić coś aż tak trudnego i wymagającego samodyscypliny. Było to dla mnie o tyle ważne, że wcześniej mało kto wierzył, że coś takiego może mi się udać.

I stałeś się ikoną. Kimś kto pokazuje, że jak się ma dobrą motywację, to można pokonać własne słabości i osiągnąć zupełnie niewyobrażalne cele. Zauważyłeś, że lubimy takich pozytywnych bohaterów?

Tak, ale nie uważam tej wyprawy za coś nadzwyczajnego. Dla mnie było to ważne, bo pokazałem sobie i najbliższym, kim jestem. Natomiast medialne zainteresowanie zdobyciem biegunów zaczęło po jakimś czasie żyć własnym życiem.

Twoja ówczesna popularność była dobrym momentem do założenia fundacji. Miałeś już wtedy wizję siebie jako prezesa, który pomaga innym?

Nie miałem wtedy sprecyzowanego pomysłu na siebie. Powstanie fundacji było zupełnie naturalnym skutkiem współpracy z pewnymi środowiskami. Jednak początki naszej działalności nie były łatwe. W tej chwili rzeczywiście jestem osobą rozpoznawalną, pojawiam się czasami w mediach, żeby opowiedzieć o naszej działalności, a to służy nie tylko promocji, ale sprawia również, że jesteśmy wiarygodni. Nasze zaangażowanie jest doceniane, firmy, które udzielają naszym podopiecznym wsparcia, wiedzą, że pieniądze zostaną wykorzystane w dobry sposób. Kiedy zaczynaliśmy ponad pięć lat temu, niektórzy kojarzyli mnie z wypraw na biegun, ale nie zawsze pomagało to w pozyskiwaniu pieniędzy. Im dłużej jesteśmy obecni w świadomości społecznej, tym łatwiej jest organizować pewne wydarzenia oraz dzielić się wiadomościami, w jaki sposób osobom, które korzystają z naszego wsparcia, udało się pomóc.

Komu pomaga „Fundacja Jaśka Meli Poza Horyzonty”? Jakie są Wasze priorytetowe działania?

W pierwszej kolejności wspieramy finansowo osoby po amputacji. Drugorzędnym działaniem jest na przykład organizowanie imprez integracyjnych czy też eventów, podczas których pozyskujemy finanse na naszą statutową działalność. Poza tym, po amputacji bywają sytuacje, gdy bardzo trudno jest dopasować odpowiednią protezę- pomagamy w tym, kontaktując pacjenta zarówno ze specjalistami, jak również udzielamy wsparcia finansowego. Staramy się pomóc osobom ze wszelkimi diagnozami, nie tylko po wypadkach, ale także z wadami wrodzonymi czy np. z komplikacjami cukrzycowymi.

Spośród wielu innych organizacji wspierających osoby niepełnosprawne fizycznie wyróżniamy się tym, że nie ograniczamy wiekowo naszych potencjalnych podopiecznych, to znaczy, że mogą do nas zgłaszać się zarówno rodzice dzieci niepełnosprawnych, jak osoby starsze, które z różnych przyczyn straciły rękę lub nogę. Wspomnę tu o naszej podopiecznej, mającej około 67 lat, która musiała poddać się amputacji nogi w wyniku zaawansowanej cukrzycy. Lekarz uznał, że bardziej opłacalne będzie refundowanie protezy osobie młodszej. Uważam taką opinię za bardzo niesprawiedliwą.

Wygląda to na wykluczanie ze społeczeństwa osób uważanych za mało przydatne. W tym wieku i z taką dysfunkcją cóż jeszcze będą mogli zdziałać?

Jest to totalne podcinanie ludziom skrzydeł. Sam znam młode osoby, które są jak życiowi emeryci, siedzą, narzekają, nie robią prawie nic. Znam też wiele osób w bardzo dojrzałym wieku, które są bardzo aktywne, nie mogą usiedzieć na miejscu. W zeszłym roku skakałem ze spadochronem z naszym podopiecznym. Jan jest po sześćdziesiątce, z podwójną amputacją nóg, jedną nad kolanem, drugą pod kolanem. Kazał mi kiedyś obiecać, że skoczę z nim ze spadochronem. Powiedziałem: dobrze, Janie, załatwię to. I skoczyliśmy. Można?

Pomagając młodszym osobom czy dzieciom, można jeszcze mieć nadzieję, że w jakimś stopniu proteza będzie im przydatna do rozwijania się, pracy zawodowej, a – mówiąc dosadnie – społeczeństwo będzie mieć z nich jeszcze jakiś użytek.

Wyznaczanie granicy wieku, do jakiej będziemy pomagać, jest idiotycznym kryterium. Ale przyznaję, że łatwiej jest uzbierać pieniądze na pomoc osobom młodszym. Widać to chociażby z odliczeń 1% od podatku, kiedy zebranie funduszy na dziecko jest 50 razy bardziej skuteczne niż dla starszej pani, bo jest takie przekonanie, że “ta babcia już się nachodziła”.

Pomijając kwestię konieczności zaprotezowania, w czym trudniej jest pomóc osobom, które przeszły amputację – w rehabilitacji fizycznej czy psychicznej?

Nie wiem, co jest trudniejsze, ale na pewno łatwe nie jest przekonywanie ich, że po amputacji ich życie się nie skończyło. Ludzie mają przekonanie, że jedyną atrakcją, która teraz ich czeka, jest gra w szachy lub warcaby. Sam lubię obie gry, ale cenię sobie też w życiu czynności nieco bardziej ekstremalne.
Trudno jest zmotywować ludzi do działania i ciężkiej pracy nad sobą. Kiedy odwiedzam ich w szpitalu, widzą, jak chodzę i często myślą sobie: dostanę protezę i też będę biegać jak on. Powtarzam im wtedy, że ja chodzę z protezą już 12 lat i żeby było tak, jak jest obecnie, włożyłem w to bardzo dużo pracy. Po amputacji ludzie bardzo często zamykają się w sobie, zupełnie niepotrzebnie uważają siebie za obywateli drugiej kategorii. Staram się wtedy pokazać im, że mimo braku ręki czy nogi, można żyć zupełne normalnie i bez większych ograniczeń.

Kiedy jadę na zrobienie serwisu mojej protezy, to panowie zawsze łapią się za głowę, bo z protezy wypadają obluzowane śrubki, coś gdzieś jest porysowane, w domowy sposób połatane. Miło jest słyszeć, że jestem bardzo aktywną osobą, ale z drugiej strony jest to też dość przykre, że jestem jedyną znaną im osobą, która zapyta, czy w tej protezie może jeździć konno, albo czy może wyskoczyć na tydzień na wycieczkę do Gruzji. Nie mówię, że trzeba od razu jechać do dżungli, wystarczy normalne wyjście na spacer. Najważniejsze w tym, co robię, jest chyba właśnie motywowanie ludzi, bo brak kawałka ręki czy nogi to drobny szczegół. Ważne, żeby nikt z nich nie myślał o swojej tak zwanej niepełnosprawności, jak o totalnej barierze, której nie można przekroczyć.

Czyli sobie i podopiecznym Fundacji ciągle wyznaczasz “nowe horyzonty“.

Tak mam, że na każdej płaszczyźnie życia przyzwyczaiłem się do ekstremum. Dość łatwo przychodzi mi rzucanie się na głęboką wodę, podejmowanie nowych wyzwań. Nieco gorzej jest z codziennością, trzymaniem jakiejś dyscypliny, zaczynaniem i kończeniem różnych rozpoczętych spraw. Bardzo pilnie jednak uczę się trzymania porządku w swoim życiu, bo to pomaga. Zrobiłem sobie nawet kiedyś kurs rzeczoznawcy brylantów, ale nie jest mi on obecnie do niczego potrzebny. Po prostu chciałem go ukończyć. Mimo że w moim życiu było wiele ekstremalnych, nietypowych wydarzeń i były one dla mnie bardzo budujące, mam świadomość, że nie mogą one być podstawą życia. Codzienność jest poligonem, na którym nie liczy się nazwisko ani częstotliwość pokazywania się w mediach, lecz umiejętność życia z kimś u boku, cierpliwość, inicjatywa wysłuchania czyichś problemów, pamięć o podlewaniu kwiatów. Wyznaczam sobie zatem ambitne cele, ale chcę je realizować na silnej podstawie, jaką jest codzienność.

Których sytuacji związanych z działalnością fundacji boisz się najbardziej?

Są takie spotkania, które stanowią dla mnie bardzo duże wyzwanie. Kiedy w ramach działalności fundacji idziemy do kogoś, na przykład po wypadku, mam świadomość, że jest to osoba całkowicie załamana i potrzebująca wsparcia. Strasznie trudne są sytuacje, kiedy jest ktoś po wypadku, chodzi o kulach, ma rany które nie chcą się goić, i jedynym słusznym krokiem w tej sytuacji byłoby poddanie się amputacji. Dobrej jakości proteza może być o wiele razy lepsza niż złej jakości noga. Ja nie miałem takiego dylematu, doszło do wypadku i nikt mnie nie pytał o zdanie, Bywają sytuacje, że jadę gdzieś i moim jedynym zadaniem jest przekonanie kogoś, żeby dał sobie uciąć nogę. To brzmi przerażająco, ale niestety czasami jest to jedyne wyjście. Chociaż są to sytuacje bardzo obciążające dla mnie, wierzę, że za tym wszystkim stoi Bóg. Bo pojawia się czasem pokusa, żeby być właśnie tym kimś najmądrzejszym. Poczucie wiedzy i władzy może zamazywać obraz rzeczywistości. W takiej chwili przydaje się coś takiego jak pokora. Czasem myślę, że chociaż nasza praca jest świetna, pożyteczna i satysfakcjonująca, to jednak trudno jest potem zachować dystans do tego i podejmować kolejne, mozolne i mało medialne działania. Nawet mnie, kiedy jestem doceniany, zdarza się mieć pokusę, żeby poprzestać na dobrze wykonanej pracy i dać postawić się na piedestale.

Zauważyłam, że mimo tego, co robisz, pojawiają się pod Twoim adresem też nieprzychylne komentarze. Bardzo trudno jest sprostać oczekiwaniom naszego społeczeństwa…

Są różne oczekiwania, tylko że ja nimi coraz mniej się przejmuję. Jest wśród wielu ludzi takie przekonanie, że fundacje czy stowarzyszenia to organizacje do zarabiania pieniędzy i w dodatku nie zawsze uczciwie. Media chętnie naświetlają przekręty, rzadziej mówią o sukcesach. Też często czytałem na forach różne opinie, że wziąłbym się za uczciwą pracę, a nie na cudzych pieniądzach żerował. Jak można zarabiać pieniądze na pomaganiu? Zupełnie się tym nie przejmuję, bo jeżeli wiem, że działam uczciwie, to nikt nie może mi nic złego udowodnić. Podobnie jest w chwilach, kiedy idę na jakieś spotkanie z grupą, która przychodzi na nie tylko dlatego, że zostało to odgórnie zaplanowane. Od razu widać w ich spojrzeniach, że mają do mnie dystans. Przyszedł do nich jakiś cwaniak z telewizji i będzie ich pouczać, jak należy żyć. To jest bardzo duże wyzwanie, bo pierwsze, co muszę zrobić, to rozbić swoją maskę medialną, pokazać, że jestem normalnym człowiekiem, że lubię podobne rzeczy, popełniam te same błędy jak niejeden z nich. Kiedy ktoś po takim spotkaniu podejdzie i powie, że było fajnie, to jest to bardzo motywujące. To są słowa, które znaczą bardzo wiele.

W swojej pracy dajesz z siebie bardzo dużo, cały czas jesteś otoczony ludźmi. Większość z nich w dodatku ma za sobą bardzo trudne doświadczenia. Jest to bardzo obciążające. Jak wyznaczasz granice między pracą a życiem prywatnym?

To jest bardzo trudna sprawa. Miałem taki okres w życiu, kiedy okazało się, że z każdej strony dochodziły do mnie informacje, że ktoś ma do mnie jakiś żal. Dziewczyna i rodzice narzekali, że nie ma mnie w domu, że zapomną, jak wyglądam. Wciąż słyszeli ode mnie, że pracuję, że fundacja mnie potrzebuje, że jest kolejny bardzo ważny projekt, który trzeba zrealizować. Okazuje się, że praca w fundacji nigdy nie ma końca. W końcu trzeba było wyznaczyć sobie granice. I to było bardzo trudne, bo w tej pracy większość ludzkich historii, z jakimi się spotykamy, to są naprawdę, wielkie, życiowe tragedie. Bardzo ciężko jest czuć się moralnie komfortowo, kiedy trzeba komuś odmówić spotkania. Jednak nie mogę przedkładać w nieskończoność fundacji nad życie prywatne – i w końcu wychodzę gdzieś z dziewczyną czy jadę do rodziców. Moja praca z założenia jest procesem, zadania tak do końca nigdy się nie wyczerpią, bo nie zaopatrzymy w protezy wszystkich pacjentów. Jednak na pewnym etapie trzeba zwolnić i przemyśleć, czy to, co się robi, jest wszystkim, co chcemy robić, czy w sferze prywatnej nie potrzebujemy czasem kogoś bliskiego. To jest coś, z czym mam bardzo duży problem, ale powoli uczę się rozgraniczać te dwie sfery.

Z własnej inicjatywy dajesz z siebie dużo, a mimo to zdarzają się pewnie sytuacje, kiedy słyszysz, że komuś coś się od Ciebie “należy“, że “musisz” coś dla kogoś zrobić.

Denerwują mnie takie sytuacje. Do fundacji przychodzą różni ludzie, ale trudno jest współpracować z kimś, kto od wejścia mówi, że skoro NFZ czegoś nie jest mu w stanie zagwarantować, to my jako fundacja, musimy mu to dać, bo od tego przecież jesteśmy. Nie mam potrzeby bycia wielbionym za to, co robię. Wkładam w swoją pracę kawał siebie, swojego czasu, serca, energii i chcę pomagać innym, ale pewnym ludziom wciąż jest za mało, zdarza się taka zwyczajna niewdzięczność, co bardzo podcina skrzydła. Ale na szczęście są też przykłady ludzi, których postawa i uśmiech dodają wiatru w żagle, dają poczucie sensu. Dopóki są, nasza praca będzie dalej ważna.

Postrzega się Ciebie jako człowieka otwartego, co niestety niektórzy mogą chcieć wykorzystywać do własnych celów. Pewnie nieraz już miałeś do czynienia z nie do końca uczciwymi partnerami?

Rzeczywiście zdarzają się osoby, które chcą wykorzystać cudzą pozycję do załatwienia własnych spraw, ale jedną z naszych zasad jest to, by nie wchodzić we współpracę z ludźmi, o których opinia nam się nie podoba. Nigdy też nie wchodzimy we współpracę polityczną. Specyfiką pracy fundacji jest to, że my nic nie musimy – nie przyjdzie do mnie szef i nie powie: musimy współpracować z tym gościem, mimo że jest totalnym dupkiem, ale to nam się opłaci. Dla nas przede wszystkim ważny jest komfort działania i wiarygodność. Oczywiście część ludzi chce współpracować z fundacjami dla czystego biznesu, bo wspieranie organizacji jest dobrą reklamą, ale z doświadczenia wiem, że najlepiej współpracuje się jednak z ludźmi, którym przyświeca jakaś dobra idea. Trzeba uważać na dobór partnerów, i przyznaję, jest to przykre, że nie można zaufać tak po prostu w czyste intencje.

 

Wywiadu udzielił:

Jasiek Mela – najmłodszy zdobywca obydwóch biegunów, podróżnik, autostopowicz z zamiłowania, mówca motywacyjny, założyciel Fundacji „Poza Horyzonty”. Po ciężkim wypadku w wieku 13 lat stracił rękę i nogę.

Rozmowa opublikowana w czerwcu 2014 r. w „Magazynie Społeczno-Kulturalnym FUSS”

 

fot. Klaudyna Schubert 

http://klaudynaschubert.eu/